Labradory - do adopcji

labrador JĘDREK

JĘDREK

Wiek: 4 lata

Płeć: Pies

Więcej informacji

labrador NALA

NALA

Wiek: 5 lat

Płeć: Suka

Więcej informacji

labrador SKIPER

SKIPER

Wiek: 9 lat

Płeć: Pies

Więcej informacji

labrador PAGO

PAGO

Wiek: 7 lat

Płeć: Pies

Więcej informacji

labrador FELEK

FELEK

Wiek: 7-8 lat

Płeć: Pies

Więcej informacji

labrador NESTOR

NESTOR

Wiek: 9 lat

Płeć: Pies

Więcej informacji

labrador Sabina

Sabina

Wiek: 4 lata

Płeć: Suka

Więcej informacji

Wirtualna adopcja

labrador WONDER

WONDER

Wiek: 10

Płeć: Pies

Więcej informacji

Prima

Historia Primy

'Sprzedam szczeniaki po rodowodowych rodzicach.' Takich ogłoszeń można znaleźć w sieci i w gazetach całą masę. Zwykle dołączona jest fotka słodkiego biszkoptowego brzdąca. Jednak pod pozorem niebiańskiej sielanki może czaić się brutalna prawda...

Czy ktoś kupiłby szczeniaki od tej suki?

 

Bardzo chciałam mieć psa a dokładnie labradora. Znając siebie bałam się iść do schroniska, bo zapewne adoptowałabym jakąś psią biedę a mając małe dziecko zależało mi na psie nie wykazującym żadnych objaw agresji. Chciałam adoptować spokojnego psa, najchętniej labradora. Nie wierząc za bardzo w powodzenie swojej misji przeglądałam ogłoszenia w Internecie przez blisko półtora roku. Aż w końcu natrafiłam na ogłoszenie o adopcji suki labradora po przejściach, która rodziła wiele miotów. Zadzwoniłam i to była moja najdłuższa rozmowa w życiu - aż do rozładowania baterii w komórce. Kilka dni później pojechaliśmy do Wyszogrodu po psa. Po zapoznaniu, rozmowie z tymczasową opiekunką i podpisaniu papierów adopcyjnych wróciliśmy do domu - z psem. Było to 24 lipca 2006 r,

Sunia została ochrzczona Prima i tak zaczęła się nasza wspólna przygoda z wybojami...

Prima nie była labradorem, nie była nawet psem. Była schorowanym kłębkiem nerwów, który psiego życia nie znał zupełnie - istna psia tabula rasa . Primula w dniu adopcji miała mieć ok. 3 lat, jednak wet, który leczył ją w domu tymczasowym dał jej... 8 lat! Obecnie - 3 lata później - Prima jest szacowana na 6 - 7 lat.

Stan zdrowia, lub może bardziej stan permanentnej choroby.

Prima w momencie odbierania jej od pseudohodowcy przez Straż dla Zwierząt była przeraźliwie chuda, miała na sierści stada pcheł oraz była silnie zarobaczona. Kiedy trafiła do nas była już mocno podkarmiona i bez pasożytów, choć labradora mało jeszcze przypominała.

Sunia miała katastrofalne zapalenie uszu, które swędziały ją tak potwornie, że wydrapała sobie do żywego mięsa ranę wielkości pięciozłotówki. Pies był w połowie głuchy - nie mógł określić źródła dźwięku i potrafił biec w odwrotnym kierunku od tego z którego dobiegał głos. Po kilku miesiącach leczenia - kilku wymazach, które prawie nic nie wykazywały, nastąpił przełom. W primowym uchu coś pękło i ropna ciecz się wylała. Nastąpiła perforacja błony bębenkowej - pies był zupełnie głuchy na jedno ucho.

Kolejna sprawą była skóra i sierść Primy, które to były w rozpaczliwym stanie. Czarna zagrzybiona skóra obleczona wyliniałą matową sierścią. Na plecach były miejsca prawie łyse - bez podszerstka. Sunia nawet po kilkukrotnie powtórzonej kąpieli śmierdziała tak okrutnie, że wysiedzenie z nią w jednym pomieszczeniu było niemożliwością. Dodatkowo nasze suczysko miało alergię i wygryzało sobie łapy niemal do krwi.

Primula miała tak fatalną kondycję, że nie była w stanie dogonić uciekającego człowieka. Na spacerach ciągle się kładła i odpoczywała. Nie miała siły iść.

Psychika naszego nowego psa była również ruiną. Prima była przerażona spacerami, których nie znała. Ciągnęłam ją za sobą na smyczy a ona szła z podkulonym ogonem, reagując panicznie na szczekające za ogrodzeniem psy. Założenie obroży graniczyło z cudem, bo pies momentalnie przypadał do ziemi dysząc z przerażenia jak parowóz. Strach to był jej świat... :(

Zaczęło się leczenie i socjalizacja...

Byliśmy u weterynarza średnio kilka razy w tygodniu. Każda wizyta to była kolejna informacja o chorobach Primy. Podejrzenie ropomacicza, alergia, atopowe zapalenie skóry, autoagresja immunologiczna organizmu, problemy z tarczycą, zbyt wolno bijące serce, nowotwór... można by wyliczać w nieskończoność.

Nie wszystkie diagnozy na szczęście okazały się trafne. Po około półtora roku od adopcji pies był już jako tako zaleczony, bo wyleczony nie będzie nigdy.

Primula była labradorem jedynie z nazwy. Czy ktoś widział laba, który nie ma pojęcia do czego służą zabawki, który nie biegnie za rzuconą piłeczką a do większej wody nawet nie próbuje wejść? Taka była Prima, której światem był śmierdzący kojec i kolejne porody, by zaspokoić finansowe żądze tego, który śmiał się nazywać hodowcą.

Miesiące mijały i nasza sunia powoli otwierała się na psie przyjemności. Przestała już uciekać przed naszą dwuletnią córką od kiedy dziecko zaczęło ją karmić z ręki. Po kilku miesiącach nauczyła się aportować i nosić w pysku wszystko co leży na ziemi - głównie nasze buty i kapcie. W rok po adopcji po raz pierwszy w życiu popłynęła. Cieszyliśmy się wszyscy jak dzieci! Prima stała się nieodłącznym elementem naszej rodziny, trybikiem w maszynie miłości. Bez jej rozmerdanego ogona dzień jest szary a słońce nie świeci. Primula jeździ z nami na wakacje, uczestniczy (aktywnie żebrząc :D) w spotkaniach ze znajomymi przy grillu, chodzi na zakupy do pobliskiego sklepu, jeździ nad rzekę by zamoczyć swój zacny tyłeczek i popływać za piszczącą piłką, obchodzi swoje niby 'urodziny', dostaje prezenty na Boże Narodzenie. Jest pełnoprawnym członkiem naszej rodziny, którego kochamy nawet wówczas, gdy znajdujemy jej biszkoptowe włoski w lodówce ;) Kochamy naszego psa...

Monika Wróblewska